Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 778 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Dzień jak co dzień

środa, 27 lutego 2008 19:37
Mechaniczna owca napierała. Ryśko lewą ręką zasłonił się przed zielonym radioaktywnym laserowym promieniem tryskającym z owczej paszczy a jego lewa dłoń powęd.... nie - lewą się zasąłniał przed zielonym radioaktywnym ..... Jego PRAWA dłoń powędrowała w kierunku biodra, by dobyć 28 watowej golarki i wyrównać nią potwora. To "wyrównać" to było ulubione słówko Ryśka - brzmiało groźnie - jak tekst z PulpFiction, a Ryśko lubił Pulp Fiction. Zawartość jego głowy to była papka rzeczywistości i półrealizmu  zaprawiona szczyptą imaginacji. Sporej szczypty. No dobra właściwie to wszystko tonęło w polewie z imaginacji.
Otrząsnąl się - Elektroniczna Owca nieomal wyrwała mu kośći paliczkowe prawej.... nie, nie prawej (w prawej trzymał golrakę do wełny) ... lewej dłoni. Odskoczył płynnie od bestii i właśnie wtedy  kątem  oka dostrzegł drugiego zwierza.  Wiedział że nie ma szans.  Dwie elektroniczne owce - sklonowane bliźniaczki - Dolly i Parton porozumiały się bez słów i zaczęły zbliżać się w złowieszczym milczeniu....... milczeniu na jakie stać tylko owce.
Ryśko osunął się na kolana, golarka do wełny - jego ostatni oręż wysunął się bezwiednie z lewej...... z prawej dłoni..  zaczęła go ogarniać ciemność.
    I wtedy - jak to było zresztą do przewidzenia obudził się.
- Kurba fak - mruknął ("Kurba fak" - było jego drugim ulubionym słowem i nie kojarzyło mu się z żadnym filmem).
Kurbafak - powtórzył dobitniej. Leżał i ciężko dyszał a 2,5 mililitrowe krople potu spływały z gładkiej tafli jego nieskażonego żadnym procesem myślowym czoła. Jeszcze nie skażonego. Ryśko wiedział, że sen o elektrycznych owcach nie wróżył niczego dobrego. Taki sen zapowiadał ciężki dzień. Dzień jak co dzień. Bo całe życie Ryśko miał ciężkie.  I wiedział dlaczego. Dlatego, że każdej nocy śnił o owcach. Elektrzcznych bliniaczych owcach. A taki sen zapowiadał zły dzień. Jak co dzień ...
Ryśko zorientował się że się nieco zapętlił w swych dywagacjach się zapętlił nieco w.....   nieważne.
Westchnął, i wstał z łóżka. Zerknął na zegarek - 4:25 -  zwyczajowa pora, gdy  się budził i chodził spać.  Uświadomił sobie że wikększość rzeczy robi o 4:25. Kiedyś robił różne rzeczy w różnych porach, ale od dwóch i pół roku, gdy w zegarku wyczerpała się bateryjka - wszystko robił o tej własnie godzinie.
Zerknął na kalendarz - piątek. "Piątek piątek - tygodnia początek" - przypomniało mu się staropolskie przysłowie. NIeważne .. piątek jak piątek, trzeba iść do pracy, bo bez pracy nie ma Kołaczy.
    Ryśko wyszedł na balkon i pozwolił sobie na zwyczajową poranną porcję romantyzmu. Spojrzał w zszarzałą jeszcze połać nieba, zozświetloną już od wschodu wrzosowatymi smugami świtu i pomyślał: Oto gwiazdy umierają w brzasku rodzącego się dnia.
    Wkrótce miało się okazać, że nie będzie to zwykły dzień.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Krycha

środa, 07 stycznia 2009 7:26
Krycha nie mieściła się w bagażniku. Nie chodziło tu nawet o jej rozmiary, bo babsko (tak właśnie Ryśko ją nazywał był prywatnie w myślach) nawet za życia nie było zbyt wielkie. Problemem nie było też zbyt chaotyczne ułożenie truchła (bo tak w myślach Ryśko nazwał ciało Krychy obecnie – po „wyrównaniu” jej) jako że dość starannie je poporcjował i równo poukładał – rączki do rączek nóżki do nóżek i łeb (tak... dokładnie „łeb babsztyla”, nie żadna tam „głowa”) ... i łeb w dwóch w miarę symetrycznych (cóż – siekiera to nie precyzyjny chirurgiczny skalpel) połówkach zeskładowany w przestrzeni między kończynami a korpusem Krychy. Bagażnik też nie był mały, bo akurat jedną z funkcji niemieckich wozów wyprodukowanych przed rokiem 1985 była możliwość przewiezienia zakupionej na kartki kompletnej zmontowanej meblościanki „łańcut” (nomen omen objętościowo ze trzy razy przekraczającej objętość korpusu Krychy) ze sklepu do miejsca zamieszkania.
Problemem z upchnięciem resztek Krychy były trzy pozostałe ciała zajmujące już znakomitą część przestrzeni bagażowej wozu Ryśka.
Ale może zacznijmy od początku... tj. od początku roboczego dnia Ryśka.
Już rano, idąc do pracy i pogwizdując sobie z cicha jak to miał w zwy..... a właśnie !!.. złapał się na tym, że nigdy nie pogwizdywał idąc do pracy.. Nigdy!! NIGDY DOTĄD. Zaniepokoiło go to nieco. Chodząc codziennie, rozmyślał o różnych rzeczach, np. przedwczoraj o tym, jakim to mądrym narodem byli Niemcy, którzy przed 85 rokiem produkowali samochody osobowe, które były w stanie przewieźć kompletną meblościankę „Łańcut” .... i to w sąsiednim kraju!!! Za żelazną kurtyną!!!! Wczoraj z kolei jego głowę zaprzątało to, jacy genialni są polscy inżynierowie produkujący meblościanki, które nie dość, że pasują do pokoju gościnnego, to dodatkowo były zaprojektowane tak, że można je przetransportować niemieckim wozem osobowym. Takie tam właśnie rzeczy zaprzątały głowę Ryśka podczas codziennego marszu do pracy, ALE NIGDY NIE POGWIZDYWAŁ. NIGDY.
Przystanął. Pionowa zmarszczka zbruździła gładź jego przestrzeni międzybrwiowej... znaczy się zaczął myśleć dlaczemu gwizda. k****, ja to już widziałem w takim filmie ..... Gorączkowo starała się przypomnieć tytuł... o tym gościu z tej.. ze Szwecji....?? Szkocji....nie, nie .. z innego skandynawskiego kraju... od cukierków.. kukułek.. z zegarków ... tak! Szwajcarii!!!! Już już to miał na krawędzi ostatniego zwoja mózgowego swojej lewej półkuli.... Ze stolicy z Berna!!!!!!! TAK.. BERNA.... Żywot Ber.. nie .. to był Brajan.... na chwilę przeraźliwie ssąca pustka zagościła w głowie Ryśka, po czym nagle, podciemieniową ciemnię jego czaszki oślepiła luminescencyjna błyskotliwość: BERNA. Tożsamość Berna.
Bern – jego bohater też tak pogwizdywał. Bern nie wiedział kim był do czasu jak się dowiedział że jest zabójcą. I to jakim zabójcą!! Nie dość że płatnym, to w pełni profesjonalnym! Takim, który na śniadanie zjada gangsterów pokroju Pescii, kroi Stalonów i innych Czarnych Murzynów (z niem. Schwarze Neggers – przyp. tłumacza).
Ryśko zrozumił, że tak naprawdę jest sprawną, doskonałą maszynką do wyrównywania.....
Cała ta nowa sytuacja sprawiła, że nie zauważył nawet iż dotarł już do pracy.
Wysypisko było wielkie – pełne zdemolowanych wraków ale, o dziwo, nie można tam było znaleźć żadnych ludzi z wysypką, pokrzywką etc, (na pracę z którymi liczył Ryśko składając tu podanie o pracę 5 lat temu).
Zamyślony wszedł do „biura”.
A tam już siedziała jego współpracownica.
Krycha. Znienawidzona Krycha.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Przysłowia są mądrością narodów

piątek, 23 stycznia 2009 21:38

To znaczy - chyba siedziała, bo za ścianą papierosowego dymu o konsystencji betonu, o którą rozbił się Ryśko tuż po przekroczeniu progu, mogła sobie równie dobrze leżeć albo i wisieć. Istotne jest, że tam BYŁA, bo zza zawiesiny wydobył się jej zrzędliwy skrzekliwy zaprawiony pretensją   jazgot: „Zamknij do cholery drzwi!!!! Się przeziębię się i dostanę choroby płuc!!! I co ?!?!? zapłacisz za leczenie!?! NIE!!!!"

Ryśko lewą.... to jest prawą ręką przetarł załzawione oczy. Wszystko się rozmywało, niewyraźne takie było. Powinienem jeść rutinoscorbin - pomyślał, coś widzę Krychę niewyraźnie.. zaraz... a może TO Kryśka go powinna jeść, moment  - jak to było w tej telewizji? To gość jest zamazany... a więc wzrok siada jego żonie, a to właśnie ona każe mu jeść pigułki.... Dziwne. No ale w telewizji było kupę dziwnych, na pierwszy rzut, nomen omen oka, nielogicznych rzeczy. Np. jak akcja Pulp Fiction. Rysko lubił Pulp Fiction, ale o tym to już było w pierwszym odcinku. Hm.... ale przecież Pulp ma tylko jeden odcinek.. właśnie ... no to dobrze!!!! Było w pierwszym, bo jest jeden. Proste! Uśmiechnął się do siebie Ryśko i przekroczył próg.

„Siekierę można by tu zawiesić" - przyszło mu do głowy staropolańskie porzekadło. Te porzekadła zawsze sprawiały Ryśkowi problem. No nielogiczne, głupie były. W przeciwieństwie do telewizji i reklam. Rysiek takie tam na przykład kiedyś słyszał, ze ludzie są dla siebie jak wilgi. Bez sensu.. nie ???? jakie jest podobieństwo ptaka niebieskiego do człowieka.... nawet kolor nie ten. Zastanowiło go to z siekierą.... a gdyby tak zaeksperymentować.. zaraz zaraz... gdzieś tu przecież mył taki toporek. Tępawy i nieco toporny, ale zawsze to jakaś siekiera. Rysko wyciągnął ręce i w papierośnianej zadymie rozcapierzonymi dłońmi (obiema, żeby znów nie mieć komplikacji typu prawa<-> lewa) zaczął szukać. Znalazł - tuż za cebrzykiem. Ujął w dłonie, podniósł na wysokość popiersia i puścił. HA!!!!! Oczywiście przysłowie nie działało !!! co więcej - siekierka spadła i zamiast wydać zwyczajowe „bach" wydała dźwięk typu „COOO...!!!!" całkiem ludzki taki.

I zapadła cisza.

Nie będziemy się zagłębiać w tym miejscu w to co działo się przez najbliższą minutę w głowie Ryśka, bo Rysko jak Ryśko, nie zwykł był analizować ani przemyślliwać szczególnie. Wystarczy że doszedł do wniosku, że jego teoria z przed godziny - że niby jest amnezyjnym zabójcą  właśnie znalazła potwierdzenie w rzeczywistości.

Zajmijmy się za to o wiele ciekawszą zawartością głowy Krychy.

Otóż, jak nietrudno się domyślić, siekiery nie mają zwyczaju wisieć sobie w powietrzu (prawdopodobnie od czasów niejakiego Isaaca Newtona, który coś tam kombinował z jabłonią, ścinał chyba siekierą, spadło mu jabłko, i napisał specjalną teorię grawitacyjną, dzięki której od tej pory siekiery położone samym sobie leżały.)

Siekiera tkwiła we łbie Krychy. Całe ostrze i połowa drewnianego trzonka. Najdziwniejsze było dla Ryska to, że Krycha w ogóle nie reagowała na takie haniebne naruszenie jej prywatności!! Nic!!! Ani słowa!!!!

„Hmmm... Rysko poskrobał się po głowie, zaniewierzony ..... „Nic nie mówi, nie pyszczy, może to nie ona ???? ale nie!! To była ... tak, teraz w dosłownym tego słowa znaczeniu BYŁA. Bo z medycznego punktu widzenia Krycha nie żyła.

Ryśkowi przemknęło pewne blade skojarzenie - podobieństwo człowieka do ptaka.... Taaaaa.. Niewątpliwie Krycha była martwa jak pieprzona papuga!

- „No i dobrze" mruknął Ryśko. Po pierwsze był, jak się dowiedział, killerem, a więc naturalnym zajęciem jest wyrównywanie, po drugie, nie lubił BABY, więc teraz będzie mógł nie lubić czegoś innego. A po trzecie ...... jej teraz też będzie dobrze u tych swoich kosmitów. Bo Krycha (za życia) wierzyła w kosmitów. Ryśkowi  wpadła raz w ręce książeczka - coś jak biblia, którą babsko codziennie czytywało. A tam był opis stworzenia świata, nieco inny od tego jaki znał Ryśko.

A leciało to mniej więcej tak:  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Stworzenia opis świata wg Krychy

piątek, 30 stycznia 2009 9:10
Pierwsza Próba

Ziemia była zacofana i mieszkały tu tylko prehistodonty i mamutozaury
Na Wenus żyła wyrafinowana nacja Kobiet a na Marsie wojownicza nacja Samcy
obie te nacje były już na takim poziomie zautomatyzowania że wymyśliły ciągniki, strumienice adaptacyjne i loty między planetarne .. no i wtedy zaczęły się atrakcje.
Marskie samce wybudowały rakiety i stwierdziły że dawno nie miały uciech fizykalnych więc polecą se (tak – nie używali typowej dla Ziemian składni „sobie” lecz „se”) na podglądaną przez makroskop Hubbla Wenus .. rojącą się od atrakcyjnych samic.
Z kolei Wenusjanki wyszły z założenia że dwie planety dalej - w stronę Słońca, mogą mieć sklep z butami i garsonkami w krojach niedostępnych na ich globie .. wiec też wybudowały rakiety .. takie smukłe w kolorach pastelowych.
No i polecieli ....... i jedni i drugie naraz … Siłą rzeczy, gdy wylądowali .. jedni nie znaleźli samic ..... Wenusjanki z kolei, znalazły tylko sklepy z maczugami i puste gaybary Marsa.
Rozczarowani wrócili
Wenusjanki po powrocie nie zrobiły absolutnie nic. Natomiast marsjańskie samce za pomocą maczug po wypiciu w gaybarach kilku kolejek zdemolowały za pomocą maczug makroskop (po nazwaniu go uprzednio teleskopem „Bubla”) .....jako że nadawał im fałszywe obrazy
Minął pewien czas w którym i jedne i drudzy doszli do wniosku że coś "nie tak" i polecieli z powrotem. Znów wspólnie.
I tak sobie latali - zawsze synchronicznie, i nigdy się nie spotkali. A jedzące trawę prehistodonty i żywiące się nimi mamutozaury patrzyły z zaciekawieniem w niebo zastanawaiając się co tak zajebiaszczego jest na planecie nad północnym zagajnikiem prepalm że wszyscy z palnety znad południowego lasu daktylozaurów tam latają ....... i co tak fajnego musi być na palnecie znad południowego lasu daktylozaurów że całe pielgrzymki z planety – no, tej nad północnym zagajnikiem prepalm tam ekspediują.
I tak sobie myślały i myślały że im się zaczęły komórki w głowach rozmnażać i wyewoluowałyby - mamutozaury w dwunogich homosapiensów a prehistodonty .. najpierw w prehistodontki a potem w długonogie dorodne homosapiensiczki.
Po pewnym czasie obserwacja znudziła im się i dwunogie homosapiensy stwierdziły że trzeba by na powrót zająć się jedzeniem prehistodontek.
Ale tych już nie było. Były za to długonogie homosapiensiczki - cakiem fajne, więc się nimi zajęli a potem żyli długo i szczęśliwie, no i mieli małe homosie.
Ale homosie nie chciały się rozmnażać. Więc zamiast małych homosi zaczeli robić inne małe i nazwali je „homosapiensiątka”. I tak się to szybko potoczyło że już za kilkaset pokoleń wynaleźli komputery i loty kosmiczne, potem teleportację i ultrakarburatory.
I wtedy to się stało. Ktoś tam, grzebiąc ultrakarburatorem w ziemi odkopał kij z kupą. Tak. Kij z kupą na jednym końcu. Już tłumaczę… w czasach galopującego postępu każde z państw miało bombę atomową wyrzutnie rakietowe statki kosmonautyczne dalekiego zasięgu… panowała idealna równowaga zbrojeń. Kij z kupą okazała się być nieznaną, super groźną bronią, na którą przeciwnik nie miał antidotum. Ten kij przechylił subtelną szalkę równowagi zbrojeniowej na ówczesnej Ziemi. Siłą rzeczy, całe to to wszystko co było - szlag trafił. Zapanował chaos.
Druga Próba
Druga Próba odrodzenia ludzkości zakończyła się znacznie wcześniej.
Otóż Ziemianie jakoś tam odewoluowali się z Chaosu jaki zapadł po Pierwszej Wojnie, w której kij z kupą zwyciężył atomówkę. Zaczęli kopulować i już już byli w 2008 roku gdy ktoś wpadł na pomysł by sprzedać uczelnie. no i wszystkie „Alma maters” kupili Niemcy a potem przerobili je na messerschmity i czołgi. Nastąpił zanik nauki, kryzys edukacyjny, wsteczny postęp, inkwizycja, średniowiecze, zabobon, upadek cywilizacji i Nastał Drugi Chaos.
.................................
I tak siedem razy, bo na siódmym razie kończył się tom I, tej Kryścynej biblii... a tomów tego „dzieła” było Siedem. Tzn. siedem się mieściło na półce żyrafki, a tych półek było siedem. I to by dawało czterdzieści i dziewięć tomów. Dawałoby, gdyby nie fakt, że Kryśka miała siedem takich żyrafek.
Fakt faktem, że na siódmej trzymała czajnik i herbatę, ale i tak liczba tomów tej jej biblii była spora. Za spora jak na Ryśka.
Dobrze że baba nie żyła. Teraz trzeba będzie zatrzeć ślady, uśmiechnął się Ryśko.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Do czasu aż Ryśko nie otrząśnie się po spotkaniu Misia Poisia w Podżerkowskim lasku nic nie napisze ;)

poniedziałek, 06 lipca 2009 9:13
 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

wtorek, 23 maja 2017

Licznik odwiedzin:  4 311  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O moim bloogu

Dzień jak co dzień niby zwykły. ALe nie w oczach Ryśka

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 4311

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl